Włóczkowy detox zakupowy

Moja niedawna przeprowadzka poskutkowała restrykcyjnym wyzwaniem – do 2017 nie wybiorę się na włóczkowe zakupy! Akurat minęła połowa roku, więc zobaczymy czy wytrzymam 6 miesięcy bez nowych moteczków.

Już na początku roku postanowiłam ograniczać włóczkowe zakupy – sukces jest częściowy, nie kupiłam dużo i trafiły w moje posiadanie same fajne włóczki, ale w międzyczasie więcej prułam niż dziergałam, więc moje zasoby powiększyły się zamiast zmaleć. A to przecież było dla mnie najważniejsze. Przeprowadzka, którą właśnie skończyłam, tylko utwierdziła mnie w tym, że potrzebuję włóczkowego odwyku. A moment okazał się idealny – przecież właśnie wkraczamy w drugą połowę roku, więc zamiast całorocznego wyzwania mam szansę wypróbować moją silną wolę w mniejszej skali 🙂

Trudno się przyznać do zakupoholizmu, nawet jeśli jest zamknięty w jakichś tam ramach – u mnie był to nieprzekraczalny budżet 200-250 zł, jaki pozwalałam sobie wydawać na włóczkowe szaleństwo co miesiąc. Zazwyczaj wydawałam nawet mniej, a jak czasem zdarzyło się więcej, to ograniczałam się w kolejnym miesiącu. W tym roku nie wydałam w sumie nawet 600 zł, czyli budżet miesięczny był poniżej 100 zł, w zeszłym roku kupowałam więcej…

Ale problem jest ciągle ten sam – włóczki przybywa mi w zapasach szybciej niż ubywa jej w postaci gotowych wyrobów. Przeprowadzka dobitnie mi to pokazała – jeśli okazuje się, że włóczki i wełny mam prawie tyle samo, co pozostałych rzeczy osobistych, to coś jest nie tak i trzeba to zmienić jak najszybciej. Pierwszym krokiem do poprawy sytuacji jest zdanie sobie sprawy ze skali problemu, który w moim wypadku przyjął formę około 10 kg wełny do przędzenia i farbowania i co najmniej kolejnych 10 kg różnego rodzaju włóczek. Kolejnym etapem, który właśnie rozpoczynam, jest zaprzestanie zakupów 🙂

Poza tym planuję powrót do drutów, szydełka, krosna i kołowrotka – muszę przerobić to, co mam. Plany lęgną się w głowie. Chcę, żeby uważnie wybierane włóczki i wełny wreszcie znalazły należyte zastosowanie. Gdy nie mam już na głowie remontu i przeprowadzki, chcę rozwinąć skrzydła 🙂 Muszę też przestawić mój sposób myślenia z „ależ piękny wzór, muszę koniecznie kupić na niego włóczkę” na „co mogę zrobić z tego motka”.

Boję się, czy wytrwam w postanowieniu, bo kupowanie włóczki to jedna z moich największych przyjemności i ta odrobina luksusu, która rozświetla moją codzienność, ale w sytuacji, kiedy te wszystkie piękne włóczki i wełny mnie przytłaczają, sens kolejnych zakupów staje pod znakiem zapytania.

Nie byłabym sobą, jeśli od reguły nie byłoby wyjątku, więc i tym razem embargo zakupowe nie jest całkowite – zostawiam sobie jedną furtkę, która moim zdaniem jest konieczna. W związku z dużymi nadziejami jakie wiążę z projektem Fiberro i nowościami, które chcę wprowadzić z początkiem jesieni, daję sobie pozwolenie na zakupy, które będą niezbędne do realizacji zamówień. Mam w tej chwili spore zapasy surowców na ten cel, ale mam nadzieję, że okażą się niewystarczające 😀 Zresztą tutaj w grę wchodzi jedynie uzupełnianie stanów magazynowych, a nie zwiększanie zasobów.

Jeśli macie ochotę dołączyć do mojej koalicji niekupowania, to zapraszam 🙂 Nie trzeba spełniać żadnych warunków, ale będzie mi miło, jeśli zostawicie komentarz poniżej, bo świadomość, że nie jest się samemu w swoim szaleństwie, bardzo pomaga… Jeśli macie ochotę, to oczywiście możecie umieścić na swoich blogach powyższy baner czy link do tego posta, będzie mi bardzo miło.

Chętnie też dowiem się jak to u Was wygląda – ile macie włóczkowych i wełnianych zapasów, w jaki sposób rozrasta się Wasza włóczkowa kolekcja, czy kupujecie kolejne moteczki pod konkretne projekty, czy w grę wchodzi tak jak u mnie zauroczenie i Wasze włóczkowe zakupy są bardzo emocjonalne i impulsywne?

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Może spodoba ci się jeszcze...

18 komentarzy

  1. Mam to samo 🙂 Oczami brałabym wszystko, oczywiście największy „hopel” na punkcie melanży…nie ważny rodzaj, grubość..ważne aby bardziej kolorowo i jak najdłuższa nitka 😉
    Sama już się pogubiłam w ilościach poupychanych w szafie, jednak jest pewien postęp bo też przestawiłam się na tryb: mam takie motki…co z nich zrobić? No i nie kupuję wzorów, choćby były nie wiem jak cudne…tłumaczę sobie: Ewa, jest tyle free wersji w sieci, choćby na raverly…przerób najpierw te, które zgromadziłaś :)))
    Mówię Wam, że to czasem pomaga 🙂
    Miłego dnia i wytrwałości dla nas wszystkich, maniaczek 😀

    1. Dla mnie przełomowe okazało się, kiedy nagle zobaczyłam swoje zapasy, które przez kilka ostatnich lat było poupychane w milionie miejsc, w pełnej krasie na środku salonu w nowym mieszkaniu. I okazało się, że gigantyczna zabudowa nie jest w stanie tego pomieścić, a moich rzeczy jest znacznie więcej niż gratów Mojego 🙁

      Jeśli chodzi o wzory to nadal zdarza mi się je kupować, chociaż robię to rzadko i tylko w wyjątkowych wypadkach. Zazwyczaj po prostu jestem w stanie wymyślić jak coś jest zrobione, a że właściwie zawsze używam innej włóczki niż w przepisie, to wszystko muszę przeliczać. A skoro tak, to wolę zrobić od początku po swojemu inspirując się jedynie czyimś pomysłem. Wyjątkiem są u mnie swetry i chusty o skomplikowanych wzorach – tutaj działa przede wszystkim lenistwo, bo wymyślanie tego na nowo zajęłoby wieki, więc lepiej zapłacić komuś, kto już to za mnie zrobił 🙂

  2. Piąteczka, też staram się nie kupować :).

    W styczniu zrobiłam małą inwentaryzację moich zbiorów i pogrupowałam je z potencjalnymi wzorami, bo ciąży mi, ile tego jest w domu. Mój stash nijak się ma do niektórych na ravelry, pewnie większość dziewiarek uznałaby go za mały, ale mi bardzo ciąży. Nie lubię gromadzić rzeczy zdecydowanie. Niestety moje tempo drutowe jest dosyć żałosne ostatnio (dwóch małoletnich synów i ostre HH to nie jest dobre połączenie :D). Plan jest taki, żeby nie kupować dopóki nie uda mi się zmieścić wszystkich włóczek w jednym pojemniku (teraz są w trzech), więc podejrzewam, że tym tempem będę na włóczkowej diecie przez dekadę jeszcze ;).
    Zamiast włóczki kupiłam sobie akcesoria HH, żeby wszystko było ładne, pasowało do drutów i tak dalej, także czuję się dziewiarsko dopieszczona :D.

    1. Moim marzeniem jest zejście do takiej ilości włóczek, żebym dokładnie wiedziała co, gdzie i w jakiej ilości mam. A sposobem na minimalizację może okazać się nie dzierganie, a tkanie – wymarzyłam sobie zestaw bluzeczek na lato o prostym kroju, które mogę utkać niemal bez cięć. Już w tej chwili mam w szafie trochę tego typu fasonów, więc mam ochotę dołączyć do nich moje wersje. Zobaczymy jak to będzie, ale potencjał jest duży – włóczki na krośnie ubywa szybko i dużo, a niektóre włóczki (zwłaszcza ręcznie przędzione i farbowane) dopiero w takiej formie pokazują cały swój urok.

  3. Taki detoks to pewnie każdej z nas by się przydał 😉 Też od pewnego czasu staram się mocno ograniczać, chociaż, jak widzę jakąś promocję, to serce szybciej bije… ale przecież jeszcze tyle swoich włóczek mam… I jakoś udaje mi się wyrabiać, to co mi zalega. Gorzej, jak pojawia się jakieś zamówienie i nijak nie ma koloru, który jest potrzebny (przy zabawkach tak jest)… i zużywa się z 50m, a reszta motka leży…

    1. Promocje są najgorsze, do spółki z grupami na Facebooku takimi jak „Włóczkowy bazarek” czy „Bazarek dla dziewiarek”, bo jak widzisz takie okazje, to aż żal przejść koło nich obojętnie. Mam nadzieję, że zakaz jaki na sobie nałożyłam ochroni mnie przed pokusami 🙂 Bo skoro nie będzie tak, że za miesiąc i tak jakąś włóczkę kupię, a teraz taka promocja, to może lepiej wydać dzisiaj i złowić rabat… A skoro i tak mam nie kupować to i zniżka nie zrobi na mnie wrażenia…

  4. To wyzwanie idealne dla mnie. Zazwyczaj kupuję włóczkę z konkretnym planem jej wykorzystania, więc jakiś miesiąc temu zrobiłam sobie listę około 20 projektów, na które mam zgromadzoną włóczkę i które zrobię zanim dokonam kolejnego zakupu, ale potem dowiedziałam się, że wygrałam motek włóczki od znajomej która zajmuje się farbowaniem i prowadzi swój sklepik z włóczkami, a już wcześniej dostałam kupon rabatowy to tego sklepu… finał był taki, że się złamałam i zamówiłam jeszcze kilka kłębków, ale było to jeszcze w czerwcu więc liczę, że uda mi się wytrwać i do końca roku nie kupię ani grama 🙂 Dodatkową motywacją stanowi marzenie o kursie szycia i ewentualne zakupy materiałów, bo przecież chodzi o nie kupowanie włóczek, prawda?

    1. Tak, niekupowanie włóczek jest kluczowe dla wyzwania. Drugim, chyba równie ważnym, elementem jest wyrabianie zapasów. Więc jeśli planujesz kurs krawiecki i zakup materiałów, to nie masz się czym martwić. O ile nie wpadnie Ci przy okazji do koszyka jakiś moteczek, to nie ma problemu 😉

      Bardzo podziwiam osoby, które kupują włóczki tylko pod konkretne projekty – ja zazwyczaj najpierw wkładam do koszyka, bo mi się podoba, a dopiero po powrocie do domu zastanawiam się, co by z tym teraz zrobić…

  5. Wiedzialam jaki jest moj stan „mania” dwa lata temu, bo tak jak Ciebie dopadla mnie przeporowadzka i …prawda o moim wloczkoholizmie doslownie wypelzla z kazdego zakamarka.
    Nie zdawalam sobie sprawy, ze jestem az tak bogata hahahaha. Posortowalam tylko wloczki, poukladalam ladnie i jesli myslisz, ze podjelam decyzje o detoksie, to blad. Uznalam, ze…na emeryture bedzie „jak znalazl”.
    Nie kupuje pod konkretne projekty, no, moze czasem, kupuje, bo wloczka rzucila na mnie urok.
    Uwielbiam ten moment rozpakowywania gdy nadejdzie przesyka, ciesze sie jak wiewiorka na wiosne. Nowe motki najpierw leza w miejscu latwo dostepnym, zebym mogla je miziac i podziwiac, czasem doczekuja sie szybkiej przerobki ale czesciej trafiaja do magazynow i czekaja na swoj moment, bywa, ze pare lat hahahaha.
    Ja nie chce sie leczyc, taka ” mania mania” przeciez nikomu krzywdy nie robi a jaka frajde mam z tego…

    1. O tak! Wypełzanie włóczek z każdego kąta to dokładne określenie – już myślę, że to wszystko, zaglądam w jakiś zakamarek, a tam pudło z włóczką albo kartonik albo reklamówka! Masakra!

      Mania mania nie jest niczym złym, o ile masz miejsce, by przechowywać odpowiednio swoje skarby i sprawia ci to więcej radości niż problemów. U mnie teraz ta granica została przekroczona, stąd decyzja o detoksie i zaprzestaniu zakupów przynajmniej na jakiś czas.

  6. Zdaje się, że trudne zadanie przed sobą postawiłaś. Tyle jest pięknych włoczek i takie są kuszące, ale z takim szlabanem akurat nie mam problemu. W tym roku kupiłam tylko 30 dag jedwabiu z alpaka pod dwa konkretne projekty. Toż to prawie asceza :):)

    1. Dla mnie bardzo trudne, bo traktowałam dotychczas włóczkowe zakupy jako wynagrodzenie za ciężką i stresującą pracę, jaką mam na co dzień. Teraz muszę sobie znaleźć inne pocieszenie, najlepiej takie, które nie zajmuje miejsca w szafkach 😀

  7. Doskonale Cię rozumiem! Prawie rok temu powzięłam identyczne postanowienie. Moje zapasy co prawda nie były takie duże jak Twoje, jednak kolorowe włóczki zalegały w wielu miejscach. Zawzięłam się i zaczęłam wyrabiać zapasy, przerabiać stare dzianiny i pół roku udało mi się wytrwać bez kupowania nowych nitek. Od tego czasu sporadycznie kupuję włóczkę na konkretny projekt czy zamówienie. Ile razy jednak byłam bliska kupienia jakiejś ślicznej wełenki! Buszowałam po internetowych sklepach, wrzucałam do koszyka, jednak w ostatniej chwili nie kliknęłam „zapłać”. Bywało to trudne, ale dałam radę . Ty też dasz. Teraz wpadłam w inny nałóg, „bawię się” w małe przeróbki posiadanych drewnianych sprzętów, postarzam, przemalowuję, przecieram.. Zaczęłam kupować sprzęt i potrzebne akcesoria w marketach budowlanych (!). Mąż patrzy z przerażeniem, bo zaczynam wkraczać na jego terytorium. Pozdrawiam

    1. Mam nadzieję, że wytrwam w postanowieniu, podobnie jak Ty.
      Bardzo nie chciałabym zamienić jednego zakupocholizmu na inny. Mimo prowadzonej od pewnego czasu minimalizacji nadal mam zbyt dużo rzeczy i chciałabym powoli ale konsekwentnie zmniejszać stan posiadania – zużyć zapasy, pozbyć się tego, co niepotrzebne, sprzedać lub oddać to, co ma jakąkolwiek wartość… Nowe mieszkanie, które nareszcie jest takie, jak chcę pomaga wytrwać w tych postanowieniach 🙂

  8. Przeprowadzka to na pewno dobry pretekst, by uzmysłowić sobie skalę problemu/ilość zapasów, przypomnieć o zapomnianych motkach i przydasiach. Polecam rewizję zapasów i odsprzedaż tych, do których utraciłaś serce, na które nie masz pomysłu, które do niczego nie pasują. To nie zmieni zasadniczo stanu zapasów, raczej puścisz w świat pojedyncze rzeczy, ale takie działanie mocno poprawia samopoczucie. Tak jakby usprawniało przepływ fengszuja.

    1. Sprzedaży próbowałam już przed przeprowadzką, ale zabrakło czasu, energii i chętnego 😀 Teraz mam już odłożone duże pudło takich motków, muszę zrobić im ładne fotki portretowe i poszukać nowych domów. Sam fakt podjęcia decyzji dotyczących takich nietrafionych włóczek już działa motywująco. Dziś właśnie sprzedałam niechciane loki wełniane i fizycznie czuję radość wynikającą z tego faktu 😉

  9. Dobre postanowienie, ale to chyba cięższe niż dieta 😀 Mnie udało się zeszłej zimy „zejść” z moteczków zakupionych pod wpływem impulsu – ja i mój narzeczony posiadamy czapki w każdym możliwym pasującym nam kolorze… 🙂 Myślałam, że to będzie BUM! (Nie)stety koniec końców, w tej chwili mam dwa największe kartony z pepco i jeden mniejszy… Pełne… I znowu przybywa… 🙂

    1. U mnie od podjęcia postanowienia przybyło tylko 6 motków, które Mój Mężczyzna kupił sobie na sweter (jestem już za połową dziergania, bo wskoczyły na druty zaraz po przyniesieniu ze sklepu). Sama nie kupiłam nic, a dodatkowo planuję wykorzystywane coraz to kolejnych motków z tego, co mam.

      Detox działa oczyszczająco – taki był jego cel. Mniej nawet jeśli chodzi o półki z motkami, a bardziej jeśli chodzi o umysł – doceniłam wreszcie kolekcję, którą posiadam i przestałam się tak emocjonować włóczkami, których nie mam. W przyszłym roku nie będę chyba aż tak rygorystyczna, bo postanowienie jednak mnie uwiera, ale będę też dużo bardziej rozsądna przy zakupach 🙂

Odpowiedz na „VIOLICAAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *